Ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka, Życie na pełnej petardzie

zycie_na_pelnej_petardzieŻycie na pełnej petardzie, miejscami zabawny, miejscami poruszający, a przede wszystkim dający do myślenia zapis rozmowy księdza Jana Kaczkowskiego z Piotrem Żyłką – czyta się z dużą ciekawością. Chorujący na raka mózgu, nazywający siebie onkocelebrytą, ksiądz Jan odszedł od nas 28 marca. Jego pogrzeb odbył się 1 kwietnia, co zostało odebrane przez niektórych jako ostatni przejaw poczucia humoru księdza Jana. Bo poczucie humoru jest w Życiu na pełnej petardzie nieustannie obecne, daje o sobie znać nawet w odpowiedziach na najtrudniejsze, najbardziej poważne pytania.

Sympatię budzi lekki, swobodny, czasem dosadny styl wypowiedzi księdza Kaczkowskiego. Książka porusza całe spektrum tematów, od wspomnień z dzieciństwa, lat szkolnych, czasu kształtowania się powołania kapłańskiego, lat spędzonych w seminarium, przez rozmowę o tym, czym jest dla księdza Jana kapłaństwo, opowieść o początkach i rozwoju Puckiego Hospicjum pw. św. Ojca Pio (które z perspektywy czasu możemy nazwać wielkim dziełem księdza Kaczkowskiego), wykład poglądów księdza w kwestiach bioetycznych, którymi zajmował się naukowo (operujący skomplikowanymi pojęciami, ale mimo to zrozumiały), rozmowę o autotorytetach księdza Jana i o dzisiejszej kondycji Kościoła, o sumieniu, którego rolę ksiądz Kaczkowski podkreśla (jako najwyższej normy moralności), po szczerą rozmowę o doświadczaniu choroby i dialog o Ewangelii, w którym ksiądz interpretuje cytaty z Pisma Świętego. Delikatnie zaznaczony jest wątek kulinarny, w którym ksiądz Jan przyznaje się do słabości do „krwistej polędwicy medium red w sosie pieprzowym lub rokforowym, popitej butelką czerwonego wytrawnego wina rioja”.

Ksiądz Kaczkowski niejednokrotnie wypowiada opinie kontrowersyjne, niewygodne (jak choćby o „pluszowych katolikach”, dla których w Kościele ma być zawsze miło i przyjemnie; o tym, że cierpienie nie uszlachetnia i powinno się robić wszystko, żeby je wyeliminować, a nie czynić z niego ofiarę).

Najbardziej poruszający jest rozdział o chorobie, podczas lektury którego trudno nie odczuwać podziwu dla pogodzenia się z losem, zaufania Bogu i życiowej pokory księdza Jana. Trudno też nie żywić ciepłych uczuć do księdza Kaczkowskiego, który – w co chcę wierzyć – jest teraz w niebie takim, jakie sobie wyobraził: z „szansą na wszelkie możliwe działanie, bez skrępowania czasem, materią i przestrzenią (przy zachowaniu świadomości)” i „poczuciem, że szczęście tak nas wypełnia, że obrazowo mówiąc, chce nas rozerwać”.

(mk)

FacebookTwitterGoogle+...

w

FacebookTwitter

Kategorie